O autorze
Dziennikarz? Brzmi dostojnie, ale ciągle nazywam się nim trochę na wyrost. Przepadam za Serie A, kibicuję Salernitanie. Włochom, dawno temu, przeznaczony zostałem niekoniecznie z własnej woli. Pisanie? Sposób na życie i rzecz dająca niesamowitą przyjemność. Więcej moich tekstków na Weszło!.

Mój Twitter

Balotelli, czyli ignorant, który w końcu pokazał na co go stać

Wielu, w tym nawet szanowna redakcja tego portalu, nie dawało im szans na wyjście z grupy. Kiedy już tego dokonali okazało się, że mieli fart, słabych przeciwników i jednego, świetnego Pirlo. Ćwierćfinał z Anglią? Oj tam. Wygrali, bo dla tamtych jedna czwarta była już absolutnym maksimum. Niemcy mieli ich poskromić. Zrobić to, co lubią robić najbardziej. Wykrzyczeć – Halt! – pokazując miejsce w szeregu. Tymczasem Prandelli kompletnie ich zaszachował. Nie ma wątpliwości – Włosi wygrali to spotkanie już na odprawie taktycznej.

Rzut okiem na wyjściową jedenastkę Italii. Pierwsza myśl – o co chodzi? Może to kolejny psikus TVP? Ustawiony na prawej, nie do końca swojej pozycji Federico Balzaretti. Później Chiellini, przesunięty ze środka na lewo. Co prawda grywał na tej stronie w Juventusie i chwilami spisywał się całkiem nieźle, ale jest to stoper. Dalej… Daniele De Rossi na skrzydle? Chwila na refleksje. Druga myśl – spokojnie, Cesare Prandelli wie co robi.

I rzeczywiście, wiedział. Ktoś może się obruszyć, ale Włosi nie zagrali perfekcyjnego meczu. Zdarzały im się błędy w obronie i hurtowo marnowane setki. Zwyciężyli, bo Niemcy spisali się jeszcze gorzej. Byli niepoukładani, jacyś ospali. Niby coś mącili, próbowali, ale te ich ataki przywodziły na myśl Syzyfa i ten jego kamień. Turlali go, ci w białych, pod samą bramkę Gigiego Buffona, ale tam byli niemal niezawodni Leonardo Bonucci i Andrea Barzagli, chociaż początek meczu mieli bardzo nerwowy. Każda, nawet najlepsza maszyna, potrzebuje jednak czasu, aby się dotrzeć i odpowiednio zaskoczyć.

Szkoda, że nie udało się wykorzystać idealnych okazji do tego, aby rozbić Niemców z kretesem. To, że nieudolnie strzelał Claudio Marchisio, można było jeszcze jakoś przełknąć. W końcu to kreator, nie egzekutor. Ale że Antonio Di Natale? Ten sam, który w Serie A swoje bramki zdobywa z trzema przeciwnikami na plecach i zastawiającym mu drogę sędzią? Niebywałe. Na szczęście całą sprawę, już w pierwszej połowie, rozwikłał ktoś inny. Piłkarz mający w sobie tyle samo talentu, co mało wyszukanej, wręcz głupkowatej nonszalancji. Mario Balotelli.

Tym występem być może zamknie usta ludziom, którzy potrafią go tylko krytykować. Oglądając go na boisku, patrzą przez pryzmat jego durnych występków, dziwacznych fryzur czy innych obyczajowych, w ogóle niezwiązanych ze sportem głupot. Może z oczu niektórych poniosły się klapki zasłaniające jego talent i kunszt. Ten, kto niemal w pojedynkę wnosi swoją drużynę do finału mistrzostw Europy, nie może być nikim przypadkowym.

Teraz czas na wielki finał. Gitara Włochów, w porównaniu do tej hiszpańskiej, jest jakby trochę rozregulowana, nieperfekcyjna. Ale mają w tym wszystkim jakiś cel. Cząstkę makaroniarskiego szaleństwa. Spontaniczności i nieprzewidywalności. Śródziemnomorski temperament tym razem będzie sprzymierzeńcem Italii.
Trwa ładowanie komentarzy...