O autorze
Dziennikarz? Brzmi dostojnie, ale ciągle nazywam się nim trochę na wyrost. Przepadam za Serie A, kibicuję Salernitanie. Włochom, dawno temu, przeznaczony zostałem niekoniecznie z własnej woli. Pisanie? Sposób na życie i rzecz dająca niesamowitą przyjemność. Więcej moich tekstków na Weszło!.

Mój Twitter

Cholerni Hiszpanie

Mdli mnie, kiedy patrzę na te czerwone, hiszpańskie koszulki. Autentycznie. La Furia Roja powinna dawać kibicom prawdziwą radość. Od tych facetów nie oczekuje się jedynie wyników, ale też widowiskowości. Elementu zaskoczenia. Tego im w tych mistrzostwach Europy brakuje. Mają jednak po swojej stronie jedną mega-szychę. Większą nawet od samego Grzegorza Laty. Szczęście.

Czy jestem uprzedzony? Pewnie tak. Trzymałem stronę Portugalczyków jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Przebieg meczu stopniowo utwierdzał mnie w moim przekonaniu. Ronaldo i jego koledzy nie schowali się za podwójną gardą. Z uporem parli do przodu. Ekstrawagancko, ale jednocześnie mądrze i nieco asekuracyjnie, z respektem. Jak przyczajony, dziki kot. Dobrze ustawiona defensywa, DOSKONALE grający defensywni pomocnicy, efektowni skrzydłowi i… no właśnie. I Hugo Almeida, czyli napastnik drugiego czy trzeciego gatunku. Dalece odstający od reszty drużyny. Jego jedynym plusem było to, że zmiennik – Nelson Oliveira – to już w ogóle jedna z największych porażek całego turnieju. Skoro Portugalczycy widzą w nim potencjał na napastnika na lata, to jest to trochę przerażające. Że młody? A czy żeby grać dobrze w piłkę, trzeba być starym? Że niby patenty na zdobywanie bramek wydaje się po 25. roku życia, a przed jego osiągnięciem można grać piach?

A Hiszpania znowu swoje. Tik, tak, tik, tak… Uważne oglądanie pewnych fragmentów można by przepisywać dzieciom z ADHD. Najlepiej na receptę. Swoje jednak wyszarpali. Byli bliscy już w samej końcówce dogrywki, dzieło dokończyli w karnych. Cholerni Hiszpanie.

Portugalczycy wcale nie zagrali od nich jakoś wyraźnie lepiej. Ktoś wstanie z miejsca i powie, że nawet gorzej. Ma do tego prawo, zgoda. Ale od mistrzów Świata i Europy oczekuje się czegoś specjalnego. Nie morderczego boju i wygranej w karnych. Nie niekończącego się worka z fartem. Właśnie dlatego liczyłem na Portugalię. Łudziłem się, że przy pomocy swojej ambicji i woli walki przykryją i zagłuszą ten monotonnie tykający, hiszpański zegarek. I przykryli, ale czegoś zabrakło. Niestety.

Jutro trzymajmy kciuki za Włochów. W przeciwnym razie będą to mistrzostwa o tyle cudowne, pełne bramek i solidne organizacyjnie, co cholernie nudne. Takie, których przebieg, od a do z, wyprorokowałby pierwszy lepszy Janusz.
Trwa ładowanie komentarzy...