O autorze
Dziennikarz? Brzmi dostojnie, ale ciągle nazywam się nim trochę na wyrost. Przepadam za Serie A, kibicuję Salernitanie. Włochom, dawno temu, przeznaczony zostałem niekoniecznie z własnej woli. Pisanie? Sposób na życie i rzecz dająca niesamowitą przyjemność. Więcej moich tekstków na Weszło!.

Mój Twitter

To, co cesarskie, trafiło do cesarzy

Gdyby Anglicy zwyciężyli w rzutach karnych, byłaby to największa niesprawiedliwość tego turnieju. Włosi byli lepsi pod każdym względem. Brakowało tylko skuteczności. Tylko i aż. Ostatecznie los nie zabrał im tego, co w pocie czoła, przez dwie bite godziny, mozolnie wypracowywali. Fortuna zakręciła się po ich myśli. Może okazali się silniejsi psychicznie? Może pomogło doświadczenie Gigiego Buffona? Futbol, jak się okazuje, nie zawsze jest okrutny. Tym razem zwycięstwo trafiło we właściwe ręce.

To spotkanie było prztyczkiem wymierzonym w zadarte nosy namolnych przeciwników włoskiej reprezentacji, jak i całej tamtejszej piłki. Dziwolągów, którzy ciągle żyją w erze catenaccio, często nie wiedząc o co w tym terminie tak naprawdę chodzi. Dziś to Anglicy zaparkowali swój rozklekotany aeroplan we własnym polu karnym. Było to jednak uzasadnionym i jedynym słusznym rozwiązaniem. O ile obrońcy spisywali się bardzo dobrze, przebierając się za ściany zagradzające drogę piłki do bramki, o tyle napastnicy byli zupełnie wyłączeni z gry. Wayne Rooney? Czy on w ogóle był na boisku? A, no tak. Rzeczywiście. Próbował zdobyć bramkę przewrotką. Spod niebieskiej płachty, którą szczelnie nakryli go włoscy obrońcy, udało mu się wypełznąć tylko kilkakrotnie. Nabierał powietrza i tonął dalej.

Największym spośród włoskich gladiatorów był dzisiaj nie atletyczny Balotelli, ani ostry jak brzytwa De Rossi. Bohaterem został niepozorny, człapiący na środku boiska i wyglądający na zmęczonego życiem Andrea Pirlo. Facet, którego rok temu, bez mrugnięcia okiem, włodarze Milanu oddali Juventusowi za darmo. Chociaż w pewnym momencie słaniał się na nogach, dograł mecz do końca i utrzymał najwyższy poziom. Jego podania były dokładnie takie, jak za dawnych lat. Perfekcyjne. Ostatnim machnięciem pędzla i pointą doskonałego występu był karny a’la Panenka. Na tak wysokim poziomie, przy stu kilogramach presji na plecach. Nieprawdopodobne. W wieku 33. lat solidnie pracuje na to, aby stać się jednym z najpoważniejszych pretendentów do zdobycia Złotej Piłki.

Tekst ten może i brzmi jak słodka laurka, ale nie ma innego sposobu. Włosi zagrali prawie perfekcyjnie. W ich grze było wszystko. Od świetnych parad bramkarskich Buffona, poprzez udany pressing, aż po bombardowanie bramki Joe Harta. Zgodnie z tym co mówił, nie obsrał się Mario Balotelli, pewnie wykonując swoją jedenastkę.

Po Anglikach i tak nikt nie spodziewał się kolorowych fajerwerków. Zamiast nich była seria niewypałów. Do półfinału mogliby dotrzeć tylko wtedy, gdyby trafili na Grecję lub Czechy, które spisały się jeszcze gorzej niż oni. Los postawił jednak na ich stromej drodze Włochów, o których boleśnie się potknęli, wybijając sobie wszystkie zęby. Reprezentację nękaną aferami, która ciągle musi coś udowadniać. Bez przerwy szkalowaną i wszechobecnie nie lubianą.

Tego niedzielnego wieczoru udowodnili, że są mocni. Tylko, czy na tyle mocni, aby jak równy z równym stanąć do walki z nieobliczalnymi Niemcami? Sześć lat temu wcale nie było tak tragicznie... Pamiętacie?

Trwa ładowanie komentarzy...