Trochę lodu na głowę i do boju!

Wrażenia po meczu z Andorą z powodzeniem moglibyśmy skondensować w jedno, treściwe zdanie – nie skompromitowaliśmy się. W przypływie emocji moglibyśmy dodać jeszcze, że ograliśmy ich z kretesem. Ewentualnie nawinęliśmy na kołowrotek. Trzeba jednak zachować umiar i pamiętać, że mimo pięknych, piłkarsko brzmiących, latynoskich nazwisk, była to tylko Andora. Grupa piłkarskich pół amatorów-podróżników.

To pytanie zadawałem sobie już kilka tygodni wcześniej. Po co reprezentacji taki mecz? Po to, żeby uwierzyć w siebie? Że niby złapią wiatr w żagle przeciwko Andorze i z rozpędu rozwalą jeszcze Grecję, Czechy i Rosję? Mnie to wyglądało na sowicie przepłaconą gierkę treningową. Zrobienie dobrego wrażenia, dobrego PR-u i przypudrowanie ewentualnych niedoskonałości. Bez stresu, bez wysiłku. Pyk, pyk - gol.

Od Andorczyków oczekiwali tego, żeby stali w jednym miejscu i najlepiej w ogóle się nie ruszali. A, no i żeby broń boże nie walczyli o piłkę, ani nie faulowali! Fakt, było jedno przewinienie, na Lewandowskim. Zwyczajnie chamskie i nie na miejscu. Ale żeby nazywać przeciwników „bezmyślnymi” tylko dlatego, że uganiali się za piłką i angażowali wszystkie siły, żeby ją odebrać?

Po tym spotkaniu ani nie wypada nikogo ganić, ani tym bardziej chwalić. Można nadmienić, że piękną bramkę zdobył Lewandowski, ale gwoli ścisłości należałoby dodać, że obrońcy dali mu tyle czasu, że zanim oddał strzał spokojnie zdążyłby jeszcze skoczyć do McDonald’s na cheeseburgera. Można powiedzieć, że mijał przeciwników jak tyczki, eksponując swoje walory techniczne. Szkopuł w tym, że przeciwnicy rzeczywiście byli jak tyczki, z tą tylko różnicą, że żywe, a Lewandowski brylował między nimi zasadzie piłkarskiego instynktu.

Jeśli ktoś przeciwko Andorze zagrałby słabo, znaczyłoby to tyle, że zwyczajnie nie nadaje się do naszej reprezentacji. Mamy więc dobrą wiadomość – wszyscy nasi zawodnicy zdali egzamin piłkarskiego ABC.

Teraz czas na Grecję. Drużynę ultradefensywną, opierającą swoją siłę na usypianiu przeciwnika i stałych fragmentach gry. Na siłę można by napisać, że zupełnie tak jak Andorczycy. Skoro rywal będzie grał podobnie, to może podobnie będzie wyglądał też wynik?

***

Wisienka na torcie: Sebastian Boenisch minął dwóch Andorczyków, a komentujący pan Szpakowski zdążył pochwalić go: „Zrobił postęp!”, a w międzyczasie nasz lewy obrońca nie wyhamował i wybiegł z piłką w aut.
Trwa ładowanie komentarzy...